Dziś jest BARDZO wyjątkowy dzień. Po pierwsze: mój kochany Małżonek ma imieniny :-) , a po drugie... ha, o tym za chwilę.Rok temu przerabialiśmy z dziećmi problem: Mamusiu, Tatusiu, chcielibyśmy mieć jakieś zwierzątko!!! Pies nie wchodził w grę, kot stanowił zagrożenie dla dużej piaskownicy, którą mamy przed domem... I tak od słowa do słowa padł oryginalny pomysł: kózka.
Przy okazji zacytuję tu całkiem niedawne stwierdzenie Staszka podczas robienia zadań w książce do I
klasy:- Mamo, te książki są nie dla mnie.
- Czemu? - pytam.
- Bo tu tylko o psach i kotach piszą jakby innych zwierząt nie znali.
No cóż, takie czasy... :-(
Wracając do tematu kózki. Tak się jakoś złożyło, że w lipcu 2008 dostaliśmy od Cioci z Przemyśla czarną jak diabełek dwumiesięczną kózkę. Chłopaki piszczeli z radości! :-) Zaangażowali się w szykowanie stajenki oraz wybiegu, codziennie się z nią bawiąc i pomagając w pielęgnacji. I tak, z małej i czarnej Luny wyrosła brunatna koza, która jesienią (jak to określił Staszek) widziała się z capem, czyli kozim
samcem z pobliskiej wsi. Spotkanie jak widać było owocne, bo Luna robiła się co raz grubsza i grubsza... aż do dnia dzisiejszego, kiedy to rano, zajrzawszy do stajenki, zobaczyłam leżące i jeszcze mokre koźlę. :-) Przyszedł na świat nasz mały Grom. Jest śmiesznie nieporadny, chwieje się na nóżkach. Luna nie odstępuje go na krok przyjaźnie pobekując i wylizując czule jego sierść. A dzieci? Przesiadują pod siatką wybiegu przynosząc kozie zielone smakołyki: mlecze, mięsistą trawę i wszystko to, co (wg nich) ucieszy podopieczną. :-)
1 komentarz:
No to rzeczywiscie urocza niespodzianka, a w sierpniu kolejna ;)
Pozdrawiam
Magda
Prześlij komentarz