Staszek czyta samodzielnie. Ostatnią jego pozycją była Złota Kula Hanny Ożogowskiej, teraz natomiast rozwija swoje pasje przy książce Jefrema Lewitana Historie niezwykłe o gwiazdach i planetach. Mamy taki układ: jedna książka ode mnie, a następną sam wybiera... Czytanie samodzielne to nie wszystko, bo...
... każdego wieczoru Tata czyta im przed snem. Raz jest to "poważniejsza" książka, a raz lżejsza - taka bardziej zrozumiała dla Franciszka. Na marginesie dodam, że i te "duże" pozycje mały braciszek chyba słucha, bo niby bawi się paluszkami czy rogiem poduszki to czasem zaskakuje nas trafnymi uwagami. Kto wie ile taki mały łepek zdoła zrozumieć? W każdym razie jest cicho i na pewno sama obecność rodziców jest dla niego kojąca. Tak, tak... ja też kładę się obok i relaksuję po całym dniu. :-)
Styczniowe wieczory spędzamy przy każdemu znanej książce "W pustyni i w puszczy" Henryka Sienkiewicza. Tata ma "obowiązek" przeczytać aż trzy rozdziały, co w praktyce zajmuje mu godzinę, a czasem nawet i więcej. Chłopcy
zadają setki pytań i aż podskakują na łóżkach z emocji. Staszek zafascynowany jest postawą swojego imiennika - Stasia Tarkowskiego, który wykazuje niezwykłą odwagę i zawsze staje w obronie małej Nel pomimo niebezpieczeństw. Jedną z piękniejszych scen (którą nasz Staś wziął sobie głęboko do serca), świadczącą o niezłomności zasad Staszka było jego spotkanie z Mahdim. Posłuchajcie...Plac modlitwy opróżniał się z wolna. Idrys sam nie wiedział, co z sobą zrobić, i już chciał wraz z dziećmi i z całą czeredą wrócić na noc do szałasów i Chamisa, gdy niespodzianie stanął przed nimi ten sam Grek, który rano dał po talarze i po garści daktyli Stasiowi i Nel.
- Mówiłem o was z Mahdim - rzekł po Arabsku - i prorok chce was widzieć. {...}
Po czym zwrócił się w języku angielskim do Stasia:
- Być może, że prorok weźmie was w opiekę, gdyż starałem się go na to namówić. Powiedziałem mu, że sława jego miłosierdzia rozejdzie się wówczas wśród wszystkich białych narodów. Tu dzieją się straszne rzeczy i bez jego opieki zginiecie niezawodnie z głodu, z niewygód, z chorób lub z ręki szaleńców. Ale musicie sobie go zjednać, a to zależy od ciebie.
- Co mam czynić, panie? - zapytał Staś.
- Naprzód, gdy staniesz przed nim, rzuć się na kolana, a jeśli poda ci rękę, to ją ze czcią ucałuj i błagaj go, by was oboje wziął pod swe skrzydła. {...} Otóż Mahdi zapyta cię prawdopodobnie, czy gotów jesteś przyjąć jego wiarę. Odpowiedz na to natychmiast, że tak - i że na jego widok od pierwszego rzutu oka spłynęło na ciebie nieznane światło łaski. Zapamiętaj sobie: "Nieznane światło łaski!..." To mu pochlebi i zaliczy cię może do mulazemów, to jest do swych sług osobistych. Będziecie mieli wówczas dostatek i wszelkie wygody, które uchronią was od chorób... Gdybyś postąpił inaczej, naraziłbyś siebie, to małe biedactwo, a nawet i mnie, który chce waszego dobra. Rozumiesz?
Staś zacisnął zęby i nie odrzekł nic, tylko twarz mu skrzepła i oczy zaświeciły ponuro, co widząc Grek tak mówił dalej:
- Ja wiem, mój chłopcze, że to jest rzecz przykra, ale nie ma innej rady! Ci, którzy ocaleli po rzezi w Chartumie, wszyscy przyjęli naukę Mahdiego. Nie zgodziło się na to kilku katolików misjonarzy i kilka zakonnic, lecz to jest co innego. Koran zabrania mordować kapłanów, więc choć los ich jest straszny, nie grozi im przynajmniej śmierć. Natomiast dla świeckich ludzi nie było innego ratunku. Powtarzam ci, że wszyscy przyjęli mahometanizm: Niemcy, Włosi, Koptowie, Anglicy, Grecy... ja sam... Nie potrzebuję ci przy tym mówić, że to nie jest żadne zaparcie się wiary, żadna zdrada, żadne odstępstwo. W duszy każdy pozostał tym, czym był, i Bóg to widzi... Przed przemocą trzeba się ugiąć, choćby pozornie... Obowiązkiem człowieka jest bronić życia, i byłoby szaleństwem, a nawet grzechem narażać je - dla czego? Dla pozorów, dla kilku słów, których jednocześnie możesz się w duszy zaprzeć? A ty pamiętaj, że masz w ręku życie nie tylko swoje, ale i życie swojej małej towarzyszki, którym nie wolno ci rozporządzać. Oczywiście!... Mogę ci zaręczyć, że jeśli Bóg wybawi cię kiedy z tych rąk, to ani sam sobie nie będziesz miał nic do zarzucenia, ani nikt nie będzie ci robił zarzutów - tak samo jak i nam wszystkim.
Grek mówiąc w ten sposób oszukiwał może własne sumienie, ale oszukało go także i milczenie Stasia, w końcu bowiem poczytał je za przestrach. Postanowił więc dodać chłopcu otuchy.
- Oto domy Mahdiego - rzekł. - Woli on mieszkać w tych drewnianych budach w Omdurmanie niż w Chartumie, chociaż tam mógłby zająć pałac Gordona. No, śmiało! Nie trać głowy! Na pytania odpowiadaj rezolutnie. Oni cenią tu odwagę. Nie myśl też, że Mahdi ryknie zaraz na ciebie jak lew. Nie! On uśmiecha się zawsze - nawet wtedy, kiedy nie zamyśla nic dobrego.
I to rzekłszy począł wołać na gromady stojące przed domem, by rozstąpiły się przed "gośćmi" proroka.
Gdy weszli do izby, Mahdi leżał na miękkim tapczanie, otoczony przez żony, z których dwie wachlowały go wielkimi strusimi piórami, inne dwie drapały mu lekko podeszwy u nóg. Prócz żon byli obecni tylko: kalif Abdullahi i kalif Szeryf, gdyż trzeci, Ali-uled-Helu, wyprawiał w tym czasie wojska na północ, a mianowicie do Berberu i Abu-Hammed, które już przedtem zostały zdobyte przez derwiszów. Na widok wchodzących prorok odsunął żony i siadł na tapczanie. Idrys, Gebhr i dwaj Beduini padli na twarze, a potem uklękli ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Grek skinął na Stasia, by uczynił to samo, ale chłopiec udając, że tego nie widzi, skłonił się tylko i pozostał wyprostowany. Twarz mu zbladła, ale oczy świeciły mocno i z całej jego postawy i podniesionej hardo do góry głowy, z zaciśniętych ust, łatwo było poznać, że coś przeważyło się w nim, że niepewność i obawa przeszły, że powziął jakieś nieugięte postanowienie, od którego za nic nie odstąpi. Grek zrozumiał to widocznie, gdyż wielki niepokój odbił się w jego rysach. Mahdi objął oboje dzieci przelotnym spojrzeniem, rozjaśnił swą tłustą twarz zwykłym uśmiechem, po czym zwrócił się naprzód do Idrysa i Gebhra.
- Przybyliście z dalekiej północy - rzekł.
Idrys uderzył czołem o ziemię.
- Tak jest, o Mahdi! Należymy do pokolenia Dangalów, przeto porzuciliśmy nasze domy w Fajumie, aby klęknąć u twych błogosławionych stóp.
- Widziałem was w pustyni. Straszna to droga, ale posłałem anioła, który was strzegł i ochraniał od śmierci z ręki niewiernych. Wyście go nie widzieli, ale on czuwał nad wami.
- Dzięki ci, odkupicielu.
- I przywieźliście Smainowi te dzieci, aby je zamienił na własne, które Turcy uwięzili wraz z Fatmą w Port-Saidzie.
- Tobie chcieliśmy służyć.
- Kto mnie służy, służy własnemu zbawieniu, więc otworzyliście sobie drogę do raju. Fatma jest moją krewną... Ale zaprawdę mówię wam, że gdy podbiję cały Egipt, wówczas krewna moja i jej potomstwo odzyskają i tak wolność.
- A więc uczyń z tymi dziećmi, co chcesz, błogosławiony!...
Mahdi przymknął powieki, potem je otworzył, uśmiechnął się dobrotliwie i skinął na Stasia:
- Zbliż się tu, chłopcze.
Staś postąpił kilka kroków energicznym, jakby żołnierskim chodem, skłonił się po raz drugi, potem wyprężył się jak struna i patrząc wprost w oczy Mahdiego czekał.
- Czy radzi jesteście, że przyjechaliście do mnie? - zapytał Mahdi.
- Nie, proroku. Zostaliśmy porwani mimo naszej woli od naszych ojców.
Prosta ta odpowiedź uczyniła pewne wrażenie - i na przywykłym do pochlebstw władcy, i na obecnych. Kalif Abdullahi zmarszczył brwi. Grek przygryzł wąsy i począł wyłamywać sobie palce, Mahdi jednakże nie przestał się uśmiechać.
- Ale - rzekł - jesteście za to u źródła prawdy. Czy chcesz napić się z tego źródła?
Nastała chwila milczenia, więc Mahdi sądząc, że chłopiec nie zrozumiał pytania, powtórzył je wyraźniej:
- Czy chcesz przyjąć moją naukę?
Na to Staś ręką, którą trzymał przy piersiach, zrobił nieznacznie znak krzyża świętego, jakby z tonącego okrętu miał skoczyć w odmęt wodny.
- Proroku - rzekł - twojej nauki nie znam, więc gdybym jął przyjął, uczyniłbym to tylko ze strachu jak tchórz i człowiek podły. A czyż zależy ci na tym, by wiarę twoją wyznawali tchórze i ludzie podli?
I tak mówiąc patrzył wprost w oczy Mahdiego. Uczyniła się taka cisza, że słychać było brzęczenie much. Lecz stała się zarazem rzecz nadzwyczajna. Oto Mahdi zmieszał się i na razie nie umiał znaleźć odpowiedzi. Uśmiech zniknął mu z twarzy, na której odbiło się zakłopotanie i niechęć. Wyciągnąwszy rękę wziął tykwę napełnioną wodą z miodem i począł pić, ale widocznie dlatego tylko, by zyskać na czasie i pokryć zmieszanie.
A dzielny chłopak, nieodrodny potomek obrońców chrześcijaństwa, prawa krew zwycięzców spod Chocimia i Wiednia, stał z podniesioną głową czekając wyroku. Na wychudłych, opalonych przez pustynny wicher policzkach wykwitły mu jasne rumieńce, oczy rozbłysły a ciałem wstrząsnął dreszcz zapału. "Oto - mówił sobie - wszyscy inni przyjęli jego naukę, a jam nie zaparł się ni wiary ni duszy." I lęk przed tym, co mogło i miało nastąpić, przytaił mu się w tej chwili w sercu, a natomiast zalała je radość i duma.
A tymczasem Mahdi postawił tykwę i zapytał:
- Więc odrzucasz moją naukę?
- Jestem chrześcijaninem jak mój ojciec...
Na to - znany ze srogości i okrucieństwa kalif Abdullahi zabłysnął swymi białymi zębami jak dziki zwierz i ozwał się:
- Zuchwała jest mowa tego chłopca, przeto ukarz go, panie, lub pozwól, abym ukarał go ja.
"Stało się!" - pomyślał Staś.
Lecz Mahdi pragnął zawsze, by sława jego miłosierdzia rozchodziła się nie tylko między derwiszami, ale i w całym świecie, pomyślał więc, że wyrok zbyt surowy, zwłaszcza na małego jeszcze chłopca, mógłby zaszkodzić tej sławie.
Przez chwilę przesuwał paciorki różańca i myślał, a następnie rzekł:
- Nie. Te dzieci porwano dla Smaina, więc choć ja w żadne układy z niewiernymi wchodzić nie będę, trzeba odesłać je Smainowi. Taka jest wola moja. {...}
Po czym skinął na znak, że posłuchanie skończone, a zarazem rozkazał Grekowi, by wyszedł także. Ów, gdy znalazł się znowu w ciemnościach na placu modlitw, schwycił za ramię Stasia i począł nim potrząsać z gniewem i rozpaczą.
- Przeklęty! zgubiłeś to dziecko niewinne - mówił wskazując na Nel - zgubiłeś siebie, a może i mnie.
- Nie mogłem inaczej - odpowiedział Staś.
- Nie mogłeś! Wiedz, że skazani jesteście na drugą podróż stokroć gorszą od pierwszej. I to jest śmierć - rozumiesz? W Faszodzie febra zabije was w ciągu tygodnia. Mahdi wie, dlaczego wysyła was do Smaina.
- W Omdurmanie pomarlibyśmy także.
- Nieprawda! Nie pomarlibyście w domu Mahdiego, w dostatku i wygodach. A on gotów był wziąć was pod swoje skrzydła. Wiem, że był gotów. Odpłaciłeś się także dobrze i mnie za to, żem się za was wstawiał. Ale róbcie teraz, co chcecie! Abdullahi wysyła pocztę wielbłądzią za tydzień do Faszody, a przez ten tydzień róbcie, co chcecie! Nie zobaczycie mnie więcej!...
I to powiedziawszy odszedł, ale po chwili znów wrócił. Był wielomówny jak wszyscy Grecy i potrzebował się wygadać. Chciał wylać żółć, która się w nim zebrała, na głowę Stasia. Nie był okrutny i nie miał złego serca, pragnął jednakże, by chłopiec zrozumiał jeszcze dokładniej okropną odpowiedzialność, jaką wziął na siebie nie posłuchawszy jego rad i przestróg.
- Kto by ci zabronił zostać w duszy chrześcijaninem? - mówił. -Myślisz, że ja nim nie jestem? Ale nie jestem głupcem. Tyś zaś wolał się popisać ze swym fałszywym bohaterstwem. Oddawałem dotąd wielkie usługi białym jeńcom, a teraz nie będę mógł ich oddawać, bo Mahdi zagniewał się i na mnie. Wszyscy poginą. A twoja mała towarzyszka niedoli na pewno! Zabiłeś ją! W Faszodzie dorośli nawet Europejczycy giną z febry jak muchy, a cóż dopiero takie dziecko. A jeśli każą wam iść piechotą przy koniach i wielbłądach, to ona padnie pierwszego dnia. To tyś tego narobił. Cieszże się teraz... ty chrześcijaninie!
I oddalił się, a oni skręcili z placu modlitwy przez ciemne uliczki ku szałasom. {...} Staś czuł oto, że odrzuciwszy łaskę Mahdiego, za którą trzeba było zapłacić zaparciem się wiary i duszy, postąpił, jak był powinien, czuł, że ojciec byłby z jego postępku dumny i uszczęśliwiony, a jednocześnie myślał, że zgubił Nel, towarzyszkę niedoli, małą ukochaną siostrzyczkę, za którą byłby chętnie oddał ostatnią kroplę krwi.
Więc gdy wszyscy posnęli, porwał go ogromny płacz - i leżąc na kawałku wojłoka płakał długo jak dziecko, którym ostatecznie był jeszcze.
To tylko powieść, ale jakże głęboka... Musiałam zacytować. :-) Ten fragment, i wiele innych, motywują nas do rozmów na temat charakterów bohaterów, na temat zasad, którymi się kierują.
Prawie codziennie chłopaki bawią się w Stasia, Kalego i Arabów i ku naszej uciesze odgrywają całe sceny. Dzięki tej książce poznają arabskie i murzyńskie zwyczaje, widzą jak inną mają oni mentalność i wierzenia. Kilkakrotne oglądanie filmu "Afryka Serengeti - poznaj smak safari" pomogło im wyobrazić sobie i lepiej zrozumieć przyrodę afrykańską przedstawioną w powieści. Wciąż zaskakuję się tym jak bardzo chłonne są młode umysły. :-)
Któregoś dnia moja Mama dała chłopcom omączone sodowe placki pieczone na blasze kuchni węglowej (pycha!). Wieczorem Staszek rzekł przy modlitwie: Dziękujemy Ci Panie, że mogliśmy spróbować placków, takich samych jak Arabowie piekli na rozgrzanych kamieniach. :-)) Za to Franek chodzi i powtarza ja Polak, Staś Polak... Cóż znaczy dobra książka...
Staszek, Antek i Franek trzy razy oglądali starą ekranizację "W pustyni i w puszczy" i już pytają o czwarty seans. :-)
2 komentarze:
No proszę, a ja pamiętam, że jako zapalona czytelniczka, ale też wielce strachliwa dziewczynka, przedzierałam się przez tę książkę z duszą na ramieniu. I chyba 'za moich czasów' fragment, który przytoczyłaś, zupełnie nie był poruszany przy omawianiu lektury, przy charakterystyce Stasia skupialiśmy się jedynie na jego odwadze fizycznej i poswięceniu dla Nel. Nawet się ostatnio zastanawiałam (nie czytając od lat), jakie walory ma ta lektura poza trzymającą w napięciu akcją - i proszę bardzo - mam odpowiedź! Może jednak odkryję tę książkę na nowo, film chyba też gdzieś mamy. Wielkie dzięki, Asiu! Asia :)
Ja tą książkę odkryłam na nowo i zafascynowała mnie. :-) Jest wiele fragmentów o zasadach moralnych Stasia, wszystkich nie sposób tu przytoczyć. Stały się one tematem rozmów w naszymi chłopcami. :-)
Pozdrawiam Asiu :-)
Prześlij komentarz